niedziela, 21 października 2012

Don't worry


Jaki wstyd. Jaka hańba. My, przykładne blogerki, z worka tych dbających o swoich czytelników nie wstawiałyśmy nic od tygodnia. Do tego ostatni post jest moim przygnębiającym wywodem. Wybaczcie, kochani! Wiecie co nas tak zajmowało? No jasne, że wiecie. Chroniczny brak czasu, choroba Jagny i nawał roboty. Jak zwykle. Jednak teraz wracamy ze zdwojoną siłą, gotowe na wszystko i poprawiające się. Chociażby większą ilością postów!








Nie martwcie się. Dzisiaj żadnych filozoficznych przemyśleń, smutów nastolatki, czy innych głupot :) Jest niedziela, moja magiczna godzina. Czas, kiedy załatwiłam już wszystko co miałam załatwić, zostawiam włączoną tylko małą lampkę, odpalam komputer, włączam jakiś lekki jazz. Przede mną grzanki z serem i owocowa herbata. Jeszcze gorąca. Jestem idealnie wypoczęta. Czego chcieć więcej? Wspominam cały tydzień i z nowymi siłami ruszam w następny.

Oficjalny powrót endorfin szczęścia łączy się z powrotem do bloggowania. Let's blog, let's have fun.














Julia

sobota, 13 października 2012

So many doubts!


Ósma rano. Zmarznięta, szczękająca zębami, przystępująca z nogi na nogę. Czekam na autobus, wyciągam szyję z nad grubego szala i przeklinam moją ukochaną porę roku za przedwczesny chłód. Moje myśli błądzą między szkołą, losami bohaterów ze świeżo odłożonej powieści, surrealistycznymi marzeniami i najprostszymi potrzebami- czytaj "Gdzie ten cholerny autobus". Odsuwam wszystkie myśli na rzecz mojej ulubionej czynności- obserwowania ludzi. Tu również zmarznięta staruszka, siedzi na ławce, mówi do siebie. Szara kobieta koło trzydziestki z mdłym wyrazem twarzy przeklina głośno rozmawiając przez telefon. Grupa roześmianych licealistów przekrzykuje się. Jeden zerka na mnie. Wśród tej całej zlewającej się w jedno masy widzę JĄ. Studentka w białej sukience i szarym grubym swetrze. Długie, brązowe włosy spływają falami poniżej talii. Pali papierosa, prowadzi stary czarny rower, patrzy przed siebie. Nagle wszyscy zamierają, licealista odrywa wzrok od mojej marnej spódniczki, spojrzenia kierują się na tę wręcz anielską, młodą kobietę. Niczego nieświadoma przechodzi, a inni wracają do swoich czynności. Ja zostaję z natłokiem myśli i pragnieniem bycia tak samo IDEALNĄ.






Pisząc idealną nie mam na myśli buzi lalki, ani figury modelki. Ani nawet modnego wyglądu. Istnieje pewna zakazana grupa takich ludzi, którzy roztaczają wokół siebie niezwykłą aurę. Aurę artyzmu, inteligencji, pewnego piękna i tajemnicy. Ta nieokreślona, mała społeczność jest dla mnie ogromną nadzieją na to, że świat jeszcze się doszczętnie nie zeszmacił. Zamyślony brunet w autobusie zaczytany w powieści, owa anielska dziewczyna na przystanku, zakochana para tak bardzo zajęta sobą, że nie widzi otaczającej jej świata. A do tego w tak pięknym obrazku. Tak elektryzują, tak biję od nich ciekawość. Nonszalancki strój, pewność siebie. Swojego wyglądu, ale przede wszystkim SIEBIE, tego co jest w środku. Nie wiem kim jesteście dziwne istoty, ale bardzo chcę Was poznać.






Zmierzam do tego, że jeszcze nie odnalazłam tej wspaniałości w sobie. Nie wiem czy jest, nie wiem gdzie ona jest.  Staję przed lustrem w niesamowicie modnym stroju. Rurki, luźna marynarka, kapelusz. Powinnam stwierdzić, że wyglądam dobrze. Wyjść z domu cała w skowronkach i przejść z dumą przez ulice Torunia. Zamiast tego stwierdzam, że czegoś mi brakuje. Nie ma tej iskry, nuty tego czego szukam w innych, nie ma we mnie. To nawet nie kompleksy, raczej świadomość niepełności, braków. I tu już mamy gorszy problem. Pieprzyć wygląd, ale jak odnaleźć siebie? "Każdy ma swoje niebo, gdzie Libertango grają" Gdzie jest moje niebo? Kiedy osiągnę najwspanialszy stan na świecie- stan beztroskiej radości?







Niczym lunatyk szukam. Na ślepo. Trochę paranoicznie, bez spokoju, z trzęsącymi się dłońmi. Chwytam się brzytwy, niczym przysłowiowy tnący. Czytam ile wlezie, oglądam filmy, słucham muzyki, gram, dyskutuję, gotuję, doznaję przeżyć artystycznych i tych bardziej prostych w postaci imprez i spotkań. Piję kawę i rozmawiam z najbliższą mi osobą na świecie. Taka oto otoczka ciekawego życia. Popadam w skrajne nastroje. Od euforii, po wyczerpanie. Dojrzewam, dorastam? To normalne? Wracam do domu, siadam do biurka, patrzę w przestrzeń i zupełnie nie wiem kim jestem.





JULIA

środa, 10 października 2012

shoes? really?


Dział street fashion ostatnio nieco zamarł, ale że mamy idealną porę roku dla fashionistów, na ulicach znów kolorowo. Tamtego dnia planowałyśmy tylko szybkie zdjęcia, szybką kawę i szybki autobus do muzyka. Jednak obok właścicielki gloomybread nie można przejść obojętnie. Już miałyśmy zignorować śliczny kapelusz, genialny płaszcz i cudowną torbę. Ale kiedy zauważyłyśmy spodnie w kwiatki w połączeniu z glanami... zapomniałyśmy o pośpiechu. 






Ostatnio buty w świecie mody zeszły na niższy poziom, dosłownie! Nareszcie "najgorętsze" fasony bez obcasów! Trampki, lordsy, creepersy, martensy - wszystkie TAKIE piękne i TAKIE wygodne. Do tego każde w swoim rodzaju. Założyłaś identyczną sukienkę jak ta koleżanki i już wiesz, że szykują się "ciche" dni. Kupujesz czarne conversy, które ma pół świata,a jesteś bezpieczna. Zdawałoby się, że owe buty posiadają same zalety, ale podstawowym minusem jest ogromna miłość jaką jesteśmy w stanie je obdarzyć. Tak bardzo zatracamy się w niedorzecznym uczuciu, że jesteśmy gotowi zrobić wszystko by mieć je w posiadaniu. A konkretnie: wydać KAŻDE pieniądze. Do pewnego czasu nie miałam z tym problemu, buty z rynku do złudzenia przypominały firmówki. I w ogóle nie przeszkadzało mi, że po 2 miesiącach były do wyrzucenia. Aż w moje głowie zaczęło się kołatać to dzikie marzenie posiadania. (właśnie tak, Jagna zamierza wydać 300zł za... znak firmowy). I śladem masy szykuję się powolutku do tego wariackiego zakupu.












Jagna.